Miałam wczoraj pierwsze starcie z naszą przyszłą spółdzielnią. Właściciel mieszkania zapewniał mnie, że wszyscy są tam bardzo mili i pomocni. Internet miał nieco inne zdanie na ten temat. Ja doszłam do wniosku, że może mili są, ale nie do końca pomocni.
Po pierwsze - o zgodę na wyburzenie kawałka ścianki działowej złożonej z tzw. plastra miodu i postawienie nowej 20 cm dalej muszę prosić wydział architektury urzędu dzielnicy. Jakiś koszmar! Czy dział techniczny w spółdzielni nie może sam, na podstawie własnych planów wydać mi zgody na tak mrożące w żyłach interwencje w tkankę jakby nie patrzeć własnego mieszkania? Ano nie może.
Co więcej - muszę mieć projekt tych zmian nakreślony przez architekta razem z jego pieczątką. Kierownika budowy prawie że! Do postawienia kilku ścianek z karton-gipsu!
I oczywiście, zarówno spółdzielnia, jak i wydział architektury mają 30 dni roboczych na odpowiedź :]
Ale nic to, jestem wyluzowanym lotosem na tafli jeziora, czy jakoś tak ;)
Miałam w rok 2006 tyle spraw do załatwienia w urzędach zanim mogłam wyremontować mieszkanie. Byłam przekonana 24 marca 2015 ,że już nie ma takich absurdalnych rzeczy do załatwienia w urzędach ,ale nadal one istnieją w RP :-(
OdpowiedzUsuńNic Lotosie jak ,to mówi trzeba zjeść tę żabę i przetrwać. :-)